138. Field Sandra - Burzliwa miłość, harlekinum, Harlequin Romance(1)

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
SANDRA FIELD
Burzliwa miłość
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Pieniądze wszystko mogą, Lianę. Nie ma rzeczy niemożli­
wych.
Lianę Daley pochyliła się nad kierownicą swego samocho­
du, wpatrując się w pracujące wycieraczki, które przegrywały
walkę z padającym śniegiem. Małe grube płatki coraz szczel­
niej oblepiały przednią szybę. Śnieg zaczął padać już po po­
łudniu, gdy jeszcze rozmawiała z ojcem w jego domu, choć
trudno było nazwać rozmową to, co zaszło między nią a Mur-
rayem Hutchinsem za szczelnie zamkniętymi drzwiami. Na­
wet słowo kłótnia było zbyt delikatne, by opisać to spotkanie,
które jego doprowadziło do ataku furii, a ją pozostawiło drżą­
cą i zdenerwowaną.
Gdy wyjeżdżała z Halif axu dwie i pół godziny temu, padał
duży śnieg i normalnie nigdy nie zdecydowałaby się na po­
dróż w takich warunkach. Ale nic nie zmusiłoby jej do pozo­
stania w domu ojca ani minuty dłużej. I tak była teraz jakieś
sto mil od Halifaxu, w połowie Doliny Wentworth.
Wiele by dała, żeby być już po drugiej stronie tej doliny,
w drodze do granicy Nowej Szkocji i Nowego Brunswicku
oraz do przystani promowej, łączącej ląd z Wyspą Księcia
Edwarda. Tam był jej dom. I tam był Patryk.
Cała droga pokryta była śniegiem rozjeżdżanym przez sa­
mochody. Co najmniej od godziny z trudem utrzymywała
miejsce między szarym chevroletem z przodu, a nieokreślo­
nym niebieskim samochodem z tyłu i zaczęła myśleć o nich
6
BURZLIWA MIŁOŚĆ
BURZLIWA MIŁOŚĆ
7
jak o bliskich przyjaciołach. Przed chevroletem jechał duży
czerwony wóz z napędem na cztery koła. Gdyby miała takie
auto, nie musiałaby się martwić śnieżycą.
Zegarek elektroniczny przy kierownicy pokazywał godzi­
nę siódmą. Miała jeszcze co najmniej osiemdziesiąt mil do
przystani, a już robiło się ciemno. Ale promy będą kursować.
I przewiozą ją do Charlottetown. A to już niedaleko od domu.
Opony ślizgały się na zamarzniętym śniegu. Zobaczyła
przed sobą czerwone światła obu samochodów i zwolniła.
Posuwali się teraz w żółwim tempie. Tak nigdy nie dojedzie.
Pieniądze wszystko mogą, Lianę. Nie ma rzeczy niemożli­
wych.
Najgorsze było to, że postanowiła odwiedzić ojca z włas­
nej woli. Dwa tygodnie temu przeczytała o śmierci swego
brata Howarda, więc razem z Patrykiem pojechała na po­
grzeb. Z Howardem nigdy nie łączyły jej bliskie stosunki, był
od niej jedenaście lat starszy. Dzisiejsza wizyta spowodowana
była współczuciem dla ojca, który stracił ukochanego syna.
Chciała go pocieszyć w tym ciężkim momencie, jednakże to
spotkanie nabrało zupełnie innego charakteru.
Myśli jej znów wróciły do chwili obecnej. Zobaczyła przed
sobą coraz więcej świateł. Policja. Coś się musiało stać. To
tłumaczyło, dlaczego wszyscy tak bardzo zwolnili. Czerwony
samochód zatrzymał się, za nim chevrolet. Coraz bardziej
zdenerwowana, stanęła za nim. Zobaczyła, że kierowca chev-
roleta wysiada i udaje się w kierunku migających świateł sa­
mochodów policyjnych. Siedziała, nie wiedząc, co robić.
W końcu włożyła rękawiczki i, zostawiając pracujący sil­
nik, wysiadła. Poprzez zasłonę śniegu skierowała się w stronę
czerwonego samochodu. Na nogach miała niepraktyczne skó­
rzane kozaki, na ramionach różową wełnianą kurtkę do bioder.
Całe to ubranie miało dodać jej odwagi w spotkaniu z ojcem,
i nie chronić przed kaprysami przyrody. Obchodząc najgłęb­
sze zaspy i czując podmuchy lodowatego wiatru, minęła
chevroleta i przed sobą zobaczyła oficera policji, stojącego
przy czerwonym samochodzie. Kierowca chevroleta również
przysłuchiwał się rozmowie. Odetchnęła z ulgą, nie widząc
nigdzie wypadku i wtedy dobiegły ją słowa policjanta:
- Droga zamknięta, proszę pana. Właśnie przygotowali­
śmy dla państwa nocleg w pobliskiej szkole. Kolega pokaże
państwu drogę.
- Do licha! - zaklął kierowca chevroleta. - Mam ważne
spotkanie w Moncton.
- Autostrada od granicy do Moncton jest także zamknięta
- poinformował rzeczowo policjant.
- Szkoła? Co to za warunki? - Mężczyzna był bardzo
zdenerwowany.
- Najlepsze, jakie mogliśmy państwu zapewnić. Miejsco­
we kobiety przygotowują coś ciepłego do zjedzenia. Będzie to
na pewno przyjemniejsze niż spędzenie nocy w zaspie na
drodze.
- Nocy? - wykrzyknęła Lianę.
- Tak, proszę pani. Najświeższe prognozy zapowiadają, że
śnieg będzie padać co najmniej do północy, a my nie mamy
dość pługów, aby zagwarantować przejezdność tej drogi.
- Ale ja nie mogę spędzić tu nocy!
- Nie ma pani innego wyjścia.
- Nie mogę! To niemożliwe! - Lianę słyszała w swym
głosie narastającą histerię. - Muszę wrócić na Wyspę Księcia
Edwarda jeszcze dzisiaj...
- Promy także nie kursują. Proszę więc nie tamować ruchu
i udać się z kolegą do szkoły...
- Czy jest tu gdzieś telefon, z którego mogłabym skorzy-
8
BURZLIWA MIŁOŚĆ
BURZLIWA MIŁOŚĆ
9
stać? - zapytała. - Muszę przekazać wiadomość. To bardzo
ważne.
- W szkole jest telefon. Zakładając, że linie nie są zerwane.
Ze strony czerwonego samochodu dobiegł ją sarkastyczny
głos:
- Młoda kobieto, wracaj do swego wozu i nie tamuj ruchu,
chcemy jak najszybciej znaleźć się w ciepłym miejscu.
Odwróciła się w jego stronę i odpowiedziała z gniewem,
który był wprost proporcjonalny do jej strachu:
- Czy mógłby pan nie wtrącać się w moje sprawy?
- Gdy zatrzymuje pani cały ruch na szosie w czasie burzy
śnieżnej, to jest to również moja sprawa.
W błękitnym świetle jego włosy wydawały się czarne,
w czerwonym - kasztanowe. W każdym wyglądał na najprzy­
stojniejszego mężczyznę, jakiego kiedykolwiek spotkała i do
którego od razu poczuła instynktowną niechęć.
- Tak nie rozmawia się z kobietami... - wtrącił kierowca
chewoleta,
- Proszę natychmiast powrócić do swoich wozów - zaape­
lował policjant. - Proszę pana - zwrócił się do kierowcy
czerwonego samochodu - czy mógłby pan jechać za tamtym
wozem?
Mężczyzna zamknął okno i nawet nie spojrzawszy na Lia­
nę, skierował się w stronę samochodu policyjnego, zapar­
kowanego na poboczu.
Samochód policyjny skręcił w boczną drogę, która nie­
dawno musiała być odśnieżana i kończyła się dziedzińcem, na
którym stał budynek szkolny.
Lianę zaparkowała obok szarego chevroleta i zgasiła sil­
nik. Najpierw telefon - pomyślała. Muszę dostać się do telefo­
nu. Z tylnego siedzenia wzięła neseser, zawiesiła na ramieniu
torebkę i wysiadła ze swego volkswagena w chwili, gdy obok
ustawiał się niebieski samochód. Jego kierowca należał do
osób nie rzucających się w oczy.
Drugi oficer policji, który wydawał się jeszcze młodszy niż
pierwszy, poczekał, aż kilkanaście samochodów zaparkuje na
dziedzińcu, po czym powiedział:
- A teraz, panie i panowie, proszę udać się za mną.
W całej grupie były jeszcze tylko dwie kobiety, obie z męż­
czyznami, którzy wyglądali na ich mężów.
Szkoła była ciepła i pachniała tą charakterystyczną wonią,
na którą składał się zapach kredy, przemoczonych butów i pa­
sty do podłóg. Policjant zaprowadził ich do sali gimnastycznej
ze sceną w głębi, zapalił światło, poczekał, aż wszyscy się
zbiorą i powiedział:
- Jeden z farmerów powinien niedługo przywieźć coś cie­
płego do jedzenia. Gdyby państwo mogli zwrócić mu ponie­
sione koszty, byłoby to mile widziane. Łóżka polowe są w sali
na końcu korytarza, a koce tu w szafce. Chcemy również pro­
sić o niepalenie w klasach.
- Wygląda na to, że takie sytuacje często tu mają miejsce
- powiedział jeden z jowialnie wyglądających mężów.
- Co roku, proszę pana i to co najmniej raz - odpowiedział
policjant z uśmiechem. - Jutro rano powinni państwo móc
kontynuować podróż. Około siódmej któryś z nas przyjedzie
i poinformuje państwa o sytuacji. Czy są jakieś pytania?
- Czy jest tu gdzieś telefon, z którego mogłabym skorzy­
stać? - zapytała Lianę.
- Automat jest w holu, toalety po prawej stronie. Czy coś
jeszcze? - Poczekał chwilę, po czym zasalutował i wyszedł
z sali.
Przewodzenie objął jowialny mężczyzna.
- Może przedstawmy się sobie i wszyscy przejdźmy na ty
10
BURZLIWA MIŁOŚĆ
BURZLIWA. MDŁOŚĆ
11
- zaproponował. - Mam na imię Joe, a to jest moja żona,
Mabel.
Mabel uśmiechnęła się nieśmiało. Lianę podała swoje imię.
Kierowca chevroleta, któremu wyraźnie wpadła w oko, miał
na imię Henry, a nie rzucający się w oczy mężczyzna, który
zaparkował obok niej, wymamrotał pod nosem coś, co
brzmiało jak Chester. Właściciel czerwonego samochodu, któ­
ry w pełnym świede okazał się tak przystojny, jak się tego
spodziewała i który wyglądał, jakby chciał być od niej jak
najdalej, nazywał się Jake.
Lianę przeprosiła towarzystwo i wyszła z sali, żeby poszukać
telefonu. Wykręciła numer i czekała, by się ktoś odezwał.
- Halo!
- Megan? Tu Lianę.
- Cieszę się, że dzwonisz. Wszystko w porządku?
- Nie wrócę dzisiaj do domu. Drogi są nieprzejezdne i mu­
szę spędzić tę noc w szkole w Dolinie Wentworth. Megan...
- Jakie to romantyczne! Czy są tam jacyś wysocy ciemno­
włosi nieznajomi?
- Nie - odpowiedziała. - Megan, czy możesz zaopieko­
wać się Patrykiem do mojego powrotu?
- Dlaczego ciągle się martwisz? - przerwała jej Megan.
- Wiesz przecież, że zawsze chętnie się nim zaopiekuję. Teraz
właśnie gramy w warcaby i jak zwykle rozłożył mnie na ło­
patki. Mówi, że jest taki zdolny po tobie, a jeszcze do tego taki
ładny... To niesprawiedliwe. Co mówisz?
- Zapytałam, czy mogę z nim rozmawiać? - Lianę uśmie­
chnęła się do siebie. Wesołe paplanie przyjaciółki działało na
nią uspokajająco.
- Oczywiście... Patryk, mama dzwoni.
Patryk podszedł do telefonu.
- Mam już cztery damki - powiedział z dumą. - Megan
ma tylko jedną.
Lianę poczuła, jak bardzo za nim tęskni. Taki był kochany.
Był jej jedynym słabym punktem. I jak sprytnie ojciec wyko­
rzystał tę jej słabość...
- Jesteś tam jeszcze, mamo?
- Tak, kochanie, jestem... Patryku, nie wrócę dzisiaj do
domu. Utknęłam w jakiejś szkole z powodu tej śnieżycy...
- Nas zwolnili dzisiaj z lekcji i razem z Clancym zbudo­
waliśmy lądowisko ze śniegu dla naszej rakiety.
- Patryku, chcę cię prosić, żebyś nie rozmawiał z obcymi
- powiedziała ostrożnie Lianę. -1 w żadnym razie nie wsiadaj
do obcych samochodów.
- Mamo, już tyle razy mi to mówiłaś.
- I mówię jeszcze raz -powiedziała ostrzej niż zazwyczaj.
Patryk zauważył tę zmianę tonu.
- Dobrze - obiecał posłusznie.
- To jest bardzo ważne, Patryku. Wytłumaczę ci, gdy się
spotkamy. Co jadłeś na kolację?
- Jedzenie meksykańskie - oznajmił entuzjastycznie i za­
czął opisywać ciastka, jakie Megan upiekła po południu.
Zajęta rozmową nie zauważyła, że Jake stanął niedaleko niej.
- Kochanie, muszę już iść - powiedziała w końcu. - Ktoś
inny też chce skorzystać z telefonu. Dbaj o siebie. I pamiętaj,
co ci powiedziałam. Kocham cię, Patryku.
- Ja ciebie też - odpowiedział jak zawsze.
Lianę odłożyła słuchawkę i przez chwilę stała w miejsca,
'.
opierając czoło o aparat Nic mu sienie stanie. Przecież jej ojciec
nie wie, gdzie mieszkają. Musi się opanować. Tylko bez paniki
- Chciałbym skorzystać z telefonu, jeśli można. Tele­
fon... - powtórzył z przesadną cierpliwością.
- Przepraszam, że kazałam ci czekać.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • legator.pev.pl